Join for FREE | Take the Tour Lost Password?
Shop deviantART for the
holidays and save BIG!
Click here! :holly:
[x]

deviantART

 

Cien Czarnego Moltresa CZ4 by ~Blaze213:iconBlaze213:



Rozdział 6: Aequilibritas*, celatum*

Wiedza
Bezwiedza
Dzieli je cienka miedza


Zacząłem przeglądać książkę. Patrzyłem jedynie na tytuły kolejnych kart. Eksperymenty, które przeprowadzał profesor dotyczyły różnych dziedzin. Raz sprawdzał nowy rodzaj karmy, a innym razem badał skuteczność nowych metod treningu. Zamiast czytać o każdym z eksperymentów z osobna zdecydowałem się odszukać ostatni z licznych eksperymentów profesora. Otworzyłem więc na końcu zeszytu i odnalazłem interesujące mnie zapiski. Nosiły tytuł Starożytny tekst.
- Spójrz. – powiedziałem do Daniela
Daniel wyciągnął szyję i zajrzał mi  przez ramię na notatki Ronalda.
- To jego ostatni eksperyment. Czy tajemnica, której nie chcesz mi wyjawić jest z nim związana?
- Nie mogę ci o tym powiedzieć. – odparł
Byłem prawie pewny, że jestem na dobrej drodze. Słowa przyjaciela brzmiały prawie jak „Tak, to prawda.”. Postanowiłem dokładnie przeczytać te notatki, a żeby Daniel nie wisiał mi nad głową zacząłem czytać na głos:

Razem z Mirandą zaczęliśmy prace nad przetłumaczeniem tablicy. Z jej informacji wynika, że jest to pismo starożytnego ludu o nazwie Pue’nord*. Nie umie niestety dokładnie określić wieku tej tablicy, dlatego wysłaliśmy jej zdjęcia do jej znajomych z Instytutu Archeologii im. Godryka Szalonego.

Na tym  kończył się wpis, ale już kilka linijek niżej zaczynała się kolejna notatka:

Wreszcie! Dostaliśmy wyniki badań z Instytutu Archeologii. Tablica pochodzi z około 500r p.n.e. Data może nie jest dokładna lecz na pewno pozwoli nam posunąć badania kilka kroków dalej.

Kolejna notatka okazałą się znacznie dłuższa:

Tekst okazał się nietrudny do odszyfrowania. Zapisano go bardzo prostymi znakami, które odczyta osoba nawet ze średnią znajomością języka Pue’nordów. Zeszło nam z tym kilka dni, ale to nie koniec naszych prac. Mimo, że znamy znaczenie znaków całość napisano bez żadnego sensu. Dla potrzeb badań notuję poniżej ten tekst:

Aequilibritas
Celatum
Strażnik Ładu
Dawca Życia

Jeśli nie masz nic do ukrycia
Wejdź
Klucz
Pue’nord

Fałszywy akord
Kłamca
Giń!
Przepadnij!
Jedna osoba
W każdym pokoleniu
Wskazanie busoli
Pan Strażnika

Miecz Godryka
Znajdzie
Odszuka
Zaprowadzi

Aequilibritas
Celatum
Strażnik Ładu
Dawca Życia


- Prawie nic z tego nie rozumiem. – powiedział nagle Daniel
- To chyba nie ta tajemnica? – spytałem
Po minie Daniela nie mogłem nic wywnioskować, ponieważ stała się iście pokerowa. Zdecydowałem się mimo wszystko czytać kolejne wpisy dotyczące „Starożytnego tekstu”:

Jak już wspomniałem tekst okazał się być niezrozumiały. Zauważyłem, że ma on charakter wiersza. Dość nietypowego, ale wiersza. Razem z profesor Krähe doszliśmy do wniosku, że nie należy interpretować go dosłownie, ale poszukać drugiego dna. Po dokładnym przeczytaniu doszedłem do ciekawych wniosków:
W pierwszej zwrotce jest jak się domyślam mowa o Równowadze i jakiejś tajemnicy, którą prawdopodobnie jest Strażnik Ładu, Dawca Życia. Nie wiem niestety o kogo dokładnie chodzi.
Kolejna zwrotka mówi o tym, że tylko osoba szczera i prawdomówna może wejść do Pue’nordów, czyli ludów północy. Tu też nie mam pojęcia kto jest określany jako Pue’nord.
Następna część tekstu mówi o losie kłamcy. Zapowiada, że ta osoba zginie, wchodząc do Pue’nordów.
Trzecia zwrotka od końca mówi, że godna tego będzie zawsze jedna osoba w każdym czasie, a wskaże ją miecz Godryka. Domyślam się, że chodzi tu o patrona Instytutu Archeologii. Swoją teorię uzasadniam jego biografią, według której Godryk był wojownikiem, słynącym z honoru. Gdy jego klan toczył wojnę z innym udał się w pościg za wrogim przywódcą i zapędził się podobno aż w góry na północy. Nigdy już nie wrócił. Odnaleziono tylko jego miecz. Jak głoszą plotki miał on moc wskazywania ludzi i rzeczy…


Tekst urywał się, ale na szczęście na dole strony znajdował się dalszy ciąg:

Pożyczyliśmy z muzeum w Everc ów miecz, żeby zweryfikować moją teorię. Rozkazałem mu wskazać imię osoby, o której mówi ta tablica i klinga miecza wskazała…

Reszta kartki została przez kogoś urwana. Na 99% wiedziałem komu na tym zależało.
- To Alan. – powiedziałem
- Co!? – zdziwił się Daniel
- To Alan wyrwał resztę kartki. To on porwał profesora Ronalda i profesor Krähe! NIE DARUJĘ MU TEGO! – wybuchnąłem
- Ale twoje słowo…
- To mnie nie obchodzi! – krzyknąłem
Miałem ochotę ostro przyłożyć Alanowi za ciągłe pojawianie się na mojej drodze. Wiedziałem jednak, że nic nie zrobię, jeśli nie znajdę pozostałych pokemonów, co w tym  bałaganie graniczyło z cudem.
- „Salamence nie da sobie rady z Moltresem.” – pomyślałem – „Muszę odnaleźć resztę pokemonów.”
Nie zwracając uwagi na protestującego Daniela, zacząłem przerzucać stosy pokeballi. Szybko  stwierdziłem jednak, że do niczego mnie nie zaprowadzi. Nagle zorientowałem się, że rozwiązanie było tak blisko.
- Salamence wybieram cię! – krzyknąłem
Zobaczyłem przerażenie w oczach Daniela. Pewnie pomyślał, że postanowiłem rozwiązać sprawę siłowo.  Zauważyłem, że sięga po pokeball. Postanowiłem znów mu to uniemożliwić.
- To nie to co myślisz. – powiedziałem – Nie zamierzam się z tobą bić, tylko dopaść Alana i mu przyłożyć, a do tego potrzebuję pokemonów. Salamence wywąchaj moje pokeballe. – powiedziałem
Podałem pokemonowi rękaw od bluzy.
- „Proszę bluzo pachnij jak ja” – pomyślałem
Smok kilka razy powąchał i wnet zabrał się do pracy. Znalazł jeden, potem drugi, a wreszcie wszystkie pokeballe, prowadząc mnie dokładnie w miejsca, gdzie leżały. Wypuściłem wszystkie stworki, żeby upewnić się czy kogoś nie brakuje.
Salamence jest, Golem, Grovyle, Blade, Charizard, Blastoise, Lairon, Raichu… zaraz! Kogoś tu brakuje.
Popatrzyłem jeszcze raz na moją drużynę. Brakowało tylko jednego pokemona…
- Duclops! – krzyknąłem
Nie wiem jak mnie usłyszał, ale natychmiast zmaterializował się w pomieszczeniu.
- Dobrze, że się pojawiłeś. – rzekłem
Następnie zwróciłem się do swoich pokemonów:
- Musimy dokopać pewnemu złemu typkowi, ale posiada on naprawdę silnego pokemona, dlatego będę potrzebował pomocy was wszystkich. Zgodzicie się na to?
Wszystkie pokemony przytaknęły, więc zapytałem Daniela:
- A ty nam pomożesz?
-  Mnie do tego nie mieszaj. – odparł chłodno – Zostaw sprawę policji.
Nie zdążyłem zareagować na tę odpowiedź, gdyż usłyszałem głośny trzask. Wiedziałem co to oznacza, dlatego krzyknąłem:
- WSZYSCY NA ZIEMIĘ!!
I rzuciłem się na Daniela.

Znów atak
Lecz słychać fanfary
Dla kogo?

----------------------------------------------------------------------------------------------------------
*aequilibritas- równowaga
*celatum- tajemnica
*Pue’nord- hiszp.. pueblo – lud; franc. nord – północ – lud północy  





Rozdział 7: Cena życia

Popychasz, bijesz, pomiatasz
Żadnej tajemnicy nie dotykasz
Do czasu…


Gdy opadł kurz, podniosłem się z podłogi. Cały sufit spadł na podłogę, przez co na górze powstał gigantyczny otwór. Wszędzie walały resztki cegieł. Bolała mnie prawa ręka w nadgarstku.
-„Pewnie jest złamana” – pomyślałem
Przypomniałem sobie o pokemonach i o Danielu. Rozejrzałem się, gdzie oni są.  
-  Salamence, Golem, Grovyle, Blade, Charizard, Blastoise, Lairon, Raichu, Duclops nic wam nie jest? – zapytywałem
Usłyszałem głosy wszystkich pokemonów, więc byłem pewny, że nic im się nie stało. Popatrzyłem na Daniela:
- Wszystko w porządku?
- Chyba tak. A ty?
- Chyba złamałem rękę…
Nagle rozległ się szum, a chłód wypełnił całe pomieszczenie. Przez dziurę w suficie wleciał czarny Moltres. Przyjrzałem się uważnie, ale nigdzie nie zauważyłem Alana. Spojrzałem prosto w czerwone oczy ptaka. Widać w nich było szaleństwo, ale czułem, że pokemon nie działał z własnej woli. Coś lub ktoś zamieniło go w potwora.
Nagle Moltres rozwinął skrzydła, z pod których wystrzeliły języki czarnych płomieni. Wiedziałem, że nie zdążę się nigdzie ukryć. Nie było się gdzie ukryć…
- Alex uważaj! – krzyknął Daniel
Nim dosięgły mnie płomienie, obok mnie pojawił się Salamence. Zionął ogniem, który odparł atak Moltresa, a nastepnie wbił go w ziemię.
- Dzięki Salamence.
Niestety czarny ptak nie dał za wygraną. Z jego dzioba wystrzelił strumień energii lecz w porę udało się na odskoczyć. Wtedy do walki włączył się Daniel:
- Quilava na przód! Hiperpromień!
Hiperpromień trafił pokemona. Wykorzystałem to i zwróciłem część swoich stworków do pokeballi, które schowałem do kieszeni. Wiedziałem, że jeżeli rzucę do walki wszystkich, to nie będę mógł ich kontrolować i szybko wydawać poleceń, więc mimo ich ogromnej siły przegram, dlatego prócz Salamence’a zostawiłem tylko Charizarda.
- Charizard i Salamance, staranujcie go!
Pokemony wzniosły się kilka centymetrów nad podłogę i popędziły prosto w Moltresa, ten jednak gładko uniknął ich obu, tak że zderzyli się ze sobą.
- Salamance! Charizard! Nie!
Oba pokemony leżały oszołomione. Następnie ptak popatrzył na mnie. Zobaczyłem błysk w jego oczach.
- „Walczyłeś jak nigdy przegrałeś jak zawsze” – zadrwił
Kątem oka dostrzegłem Daniela, który pokazywał mi na migi, co mam robić. Polecił mi paść na podłogę, gdy Quilava zajdzie przeciwnika od tyłu.
- Myślisz, że to koniec? – powiedziałem do Moltresa, cały czas obserwując ruchy pokemona Daniela.
- „To koniec” – usłyszałem
Czarne płomienie wystrzeliły z jego skrzydeł i pokryły mnie całego, ale nie paliłem się lecz czułem się jakbym przebiegł kilkanaście kilometrów bez odpoczynku.
- „To wysysa ze mnie energię”- domyśliłem się    
Quilava znalazł się za Moltresem
- TERAZ! – krzyknąłem i padłem na ziemię
Czarny ptak odwrócił głowę. Akurat wtedy, pokemon Daniela wystrzelił w niego gigantyczny hiperpromień. Sylwetka Moltresa zniknęła w oślepiającym świetle. Zasłoniliśmy oczy.
ŁUP!
Zobaczyłem gwiazdy i straciłem przytomność.
***
Słyszałem odgłosy zaciętej walki. Krzyki, komendy, złorzeczenia. Wracała mi przytomność. Strasznie bolała mnie ręka i głowa. Otworzyłem oczy. Zorientowałem się, że leżę twarzą do podłogi. Powoli podniosłem się, starając się nie ruszać prawą ręką. Nagle kula ognia uderzyła tuż obok mnie osmalając mi włosy. To Daniel i jego Quilava wciąż stawiali opór Moltresowi! Ognista kula śmignęła tuż obok trenera, ten zaśmiał się i polecił swojemu pokemonowi odpłacić tym samym. Nagle…
ŁUP!
Coś uderzyło w moje plecy. Zachwiałem się z bólu. Spojrzałem za siebie. Za moimi plecami stał Alan Irre we własnej osobie. Trzymał jakąś deskę po jednej z szafek w magazynie, pewnie to nią chciał mnie znów ogłuszyć lecz tym razem nie trafił w głowę.. Zamachnął się znowu, ale w ostatniej chwili  uskoczyłem.
- To ty! – krzyknąłem
Alan skwitował to złośliwym uśmieszkiem.
- Czego chcesz?
- Twojej współpracy. – odpowiedział
- NIGDY!!
- Zmienisz zdanie - odparł z denerwującym spokojem – Moltresie zabij Daniela!
Ptak przyjął potężny cios Quilavy, zdolny powalić nawet mojego Salamence’a, ale nawet tego nie odczuł. Następnie wzniósł się nad podłogę. Przez ułamek sekundy wisiał w bezruchu, gdy nagle w jego miejsce pojawił się czarny obłoczek dymu.
- Zniknął! – zdziwiłem się
Równie zdezorientowany był Daniel. Nerwowo spoglądał na wszystkie strony, lecz nigdzie Moltresa nie było. Rozległo się gardłowe warczenie Quilavy, który wyczuł przeciwnika.
- Za tobą! – ostrzegłem przyjaciela
Nie zdążyłem. Daniel odwrócił głowę akurat wtedy, gdy ptak zmaterializował się za jego plecami i wystrzelił strumień czarnego ognia. Nie zdążył nawet krzyknąć, jedynie jego oczy pokazały śmiertelne przerażenie. Ułamek sekundy później stanął w płomieniach, ale nie spłonął. Atak ptaka wyssał z niego życie. Bezwładne ciało Daniela bezgłośnie osunęło się na ziemię. Poczułem, że po policzkach spływają mi łzy. Mój przyjaciel był martwy. Stałem jak słup soli, wciąż w to nie wierząc. Jak to możliwe, że on przychodził mi tyle razy z pomocą, a teraz tak zginął? Czemu Alan mnie nie zabił? O co mu chodzi? Nagle rozległo się przeraźliwe wycie. To Quilava opłakiwał swojego trenera. Spojrzał na jego obojętną twarz, potem na mnie i na końcu na Alana. Rozległo się głuche warczenie, jakby chciał powiedzieć:
- „Zapłacisz mi za to”.
-  Tchórzliwy kojot. – rozległ się komentarz Alana, który zabrzmiał jak trzaśnięcie biczem
Zdusiłem płacz. Krzyknąłem:
- Zapłacisz mi swoją krwią Alanie!!
Zamierzałem się zemścić. Byłem pewien, że tak zrobiłby i Daniel, gdybym to ja zginął. Walczyłby bez względu na konsekwencje.
- Ciekawe jak to zrobisz? Nie zdążysz wyciągnąć pokeballa. – zadrwił Alan
Nim jeszcze skończył z podłogi podniósł się mój Salamence i z niesamowitą szybkością popędził na szaleńca, ale on tego nie zauważył.
- Być może… Ale o czymś zapomniałeś.– powiedziałem i rzuciłem się na Alana  

Iskierki wciąż tli się nadzieja
Lecz już pogrzebałem przyjaciela
I swe życie.


Rozdział 8: Krew i chwała

Lecz zemsty nie zaniecham
Przed przeznaczeniem nie uciekam
I nie zwlekam


- Głupi dzieciak! – krzyknął Alan i odskoczył na bok
O mały włos nie zderzyłem się ze swoim pokemonem.
- Byłeś na tyle naiwny, myśląc, że mnie zaatakujesz? – zapytał z ironią w głosie
- Czy ty umiesz tylko gadać? – odparłem
Na chybił trafił wyciągnąłem jeden z pokeballi z mojej kieszeni.
- „Błagam bądź Blazikenem” – pomyślałem
Skrzyżowałem palce i rzuciłem kulę. Z wnętrza wyłoniła się sylwetka pokemona był to Scizor, którego nazywałem Blade.
- „Tak też może być” – podsumowałem
- Scizor szybki atak! Salamence leć!
- Moltresie mroczna pieśń! – zawołał Alan
Ptak zaczął nucić przeraźliwą melodię, bardziej przypominającą trzask łamanych kości połączonych z drapaniem paznokciami po szkolnej tablicy. Zatkałem uszy. Myślałem, że zaraz rozsadzi mi bębenki. Zauważyłem, że piosenka zadziałała w całkowicie inny sposób na Blade’a i Salamence’a. Dziwna siła zatrzymała ich w ruchu i zamieniła w żywy kamień. Alan aż klasnął z zadowolenia.
- Brawo Moltresie! Teraz czarna manipulacja!
Czerwone oczy ptaka zabłysły tajemniczym blaskiem. Coś odrzuciło moje pokemony, a ułamek sekundy później i mnie, w kierunku ściany. Jęknąłem z bólu. Akurat upadłem na złamaną prawą rękę.
- Przegrałeś! – powiedział Alan – Albo mi pomożesz, albo nie skończy się tylko na jednej śmierci…
- Nigdy! – odparłem bez namysłu
- MASZ MI POMÓC!! – ryknął
- NIE PRZYŁĄCZĘ SIĘ DO CIEBIE!!
- Jeszcze zmienisz zdanie. – zagroził - Moltresie!
Upiorny pokemon podfrunął ku mnie. Zimno ogarnęło moje ciało. Już nie wiedziałem co się dzieje. Otaczała mnie ciemność. Zewsząd dochodziły szepty, pukanie, skrobanie, tupanie…
ŁUP!
- Zostaw mnie.
ŁUP!
- Nie przyłączę się do was!
ŁUP!
- WOLĘ ZGINĄĆ NIŻ WAM POMÓC!! – ryknąłem w pustkę
TRZASK!
Gdzieś w oddali rozległ się krzyk przerażenia. Poznałem w nim głos Alana. Jak ten potwór może się czegoś bać?
- Pomóż mi Moltresie!
Usłyszałem kilka innych męskich głosów. Mówili coś do pokemonów.
- „To trenerzy” – pomyślałem
Nagle ciemność znikła sprzed moich oczu. Przez chwilę stałem zdezorientowany. Wreszcie ból w prawej ręce przypomniał mi o tym że żyję. Chwilę później ogromny huk rozdarł powietrze.
- Dobra robota Alakazam. Chyba mamy go z głowy.
Spojrzałem w prawo. Zobaczyłem dwóch ludzi. Jeden z Alakazamem, a drugi z Dragonite’m.
- „Przecież to Black i Lance!” – wykrzyknąłem w myślach – „Co oni tutaj robią?”
- Nie ruszaj się z miejsca Alex. – przykazał Black
- Nie chcemy żeby coś ci się stało. Mam rację Albercie co nie? – dodał Lance
Przypomniało mi się, że Black po moim powrocie opowiadał mi swoich przygodach. O tym jak się ukrywał przed Zespołem R. Wspominał wtedy, że przez kilka miesięcy nosił imię Albert, ale nigdy nie powiedział, że znał, a nawet przyjaźnił się z kimś, kto jest mistrzem wszechczasów, a wskazywało na to zwracanie się do siebie na „ty”. Dziesiątki pytań o nie do końca wyjaśnioną przeszłość Blacka kłębiły się w mojej głowie. Wiedziałem, że muszę zaczekać do końca bitwy. Teraz odwracanie jego uwagi byłoby nierozsądne. Nie mogąc się ruszać poszukałem wzrokiem Alana i jego Moltresa. Zabójca mojego przyjaciela leżał bez żadnych oznak życia na środku pomieszczenia, które teraz było olbrzymim gruzowiskiem. Bez wsparcia swojego trenera czarny ptak wydawał się być wyraźnie słabszy. Jego ataki już nie były aż tak potężne. Nawet nie próbował swoich sztuczek w stylu mrocznej pieśni. Skupiał się jedynie na przetrwaniu. Mimo to wciąż był groźny. Wiedzieli to zarówno Black, jak i Lance.
- Dragonite hiperpromień! – zawołał Lance
- Alakazam nie pozwól Moltresowi uciec! – polecił Black
Oba pokemony doskonale ze sobą współpracowały. Najpierw Alakazam unieruchomił ptaka swymi psychicznymi mocami, a potem Dragonie wypalił hiperpromieniem prosto w serce.
-„Jacy oni są potężni” – pomyślałem
Mimo, że ja i Daniel użyliśmy więcej pokemonów, to i tak Moltres z łatwością nas pokonywał, a oni podejmują z nim walkę jak równy z równym.
KLIK!
Usłyszałem dźwięk odbezpieczanej broni lecz nie zauważyłem nikogo, kto by to zrobił. Byłem jednak pewien, że ta osoba jest w pobliżu.
- Black, Lance uważajcie! Ktoś…
PAF!
Było za późno. Ciało Blacka osunęło się na podłogę.
- NIE TYLKO NIE BLACK!! – krzyknąłem
- ALEX UWAŻAJ!! – zawołał Lance i rzucił się na mnie w chwili, gdy usłyszałem odgłos kolejnego wystrzału
Twarz mistrza nad mistrzami wykrzywiła się w grymasie bólu. On uratował mi życie… On zasłonił mnie swoim własnym ciałem…
- Lance…!
- Alex… Nie przestawaj walczyć. Ja… dostałem – powiedział cicho i z wysiłkiem – Nie wiem czy przeżyję, ale walcz…Miecz Godryka…! Argh!
Mistrz konał w moich rękach…
- Głupio mu radzisz Lance. – odparł kobiecy głos
Zza drzwi wyłoniła się kobieta w laboratoryjnym fartuchu. Miała haczykowaty nos i małe, przenikliwe oczy. Jej włosy były porozrzucane w nieładzie. W prawej dłoni trzymała pistolet.
- Pani jest…
- …profesor Miranda Krähe we własnej osobie. – dokończyła
- ZABIŁAŚ BLACKA I LANCE’A!! – wybuchnąłem
Miranda zignorowała mój wybuch i zbliżyła się do Alana, który wciąż leżał nieprzytomny. W tym samym czasie Moltres rzucił się na pokemony mojego ojca i największego mistrza pokemon. Te wciąż stawiały silny opór, ale widać było, że zaraz padną z wyczerpania.
- Nie zabiłam Lance’a. – odparła pochylając się nad Alanem – Kulka była dla ciebie, miała cię unieszkodliwić, ale ten osioł musiał wszystko zepsuć, lecz niestety jest tylko ciężko ranny.
- Nie nazywaj go tak!
- Po tym co mi zrobił!? – oburzyła się – Zostawił mnie, kiedy potrzebowałam pomocy! Wolał ratować swego przyjaciela niż mnie! To przez niego musiałam cierpieć w więzieniu Czarnej Ręki!
Ledwie skończyła krzyczeć, gdy Moltres ostatecznie rozprawił się z przeciwnikami. Podobnie jak moje pokemony, zamienił je w żywe posągi. Ptak obejrzał się dookoła siebie. Popatrzył na leżące ciała Daniela, Blacka i konającego Lance’a.
- Żałosne. – powiedział
Zawrzała we mnie wściekłość, lecz przemogłem się i zapytałem:
- Co to Czarna Ręka?
- Oni ci nie powiedzieli!? – zdziwiła się - To teraz moi pracodawcy. – dodała tajemniczo
Wiedziałem, że jeśli teraz zaatakuję, to nie wygram, dlatego postanowiłem grać na zwłokę:
- Czego oni ode mnie chcą?
- Twej pomocy w pewnej sprawie…
Nagle urwała i zaczęła nasłuchiwać. Na korytarzu rozległ się cichy szmer, który jednak się nie powtórzył, więc skierowała swoją uwagę na mnie:
- Musisz nam pomóc w pewnej ważnej sprawie.
- A czemu do mnie strzeliłaś, skoro chcesz mojej pomocy, czemu chcecie mnie zabić?
- Myślę, że szefostwo i ja trochę nie zgadzamy się w sposobie przejęcia nad tobą kontroli. Oni chcą cię zmusić torturami umysłu, a ja – tu uśmiechnęła się – ciała, ale skoro ten osioł pozwolił się zabić, to proszę bardzo, bo kulka miała cię tylko zranić.
- A co jeśli nie chcę ci pomóc?  
- Mam drugą kulkę! – krzyknęła wojowniczo
Rozległy się pojękiwania. To Alanowi wracały zmysły.
- „Jeśli on się obudzi, to będę musiał się zgodzić”- pomyślałem
Nagle rozległ się głośny trzask, a następnie ogłuszający huk. Hiperpromień uderzył w Moltresa, a w drzwiach stanął ogromny Typhlosion. W prawej dłoni trzymał miecz o czarnej rękojeści oraz srebrny medalion o kształcie półokręgu. Na 99% byłem pewien, że to pokemon Daniela, że przychodzi z odsieczą…
- To koniec – powiedziałem
- Czyżby? – zapytał Alan, któremu w tym czasie całkowicie wróciła świadomość
- Tak. – odparłem
Medalion zaczął błyszczeć.
- Moltresie mroczna pieśń!
Błysk pochodzący z medalionu przemienił się w oślepiające światło. Typhlosion skierował je wprost na ptaka i zbliżył się do mnie. Wziąłem od niego miecz, a on zatrzymał medalion. Z każdą sekundą ptak słabł coraz bardziej. W miejsce czarnych piór zaczęło się pojawiać czerwone upierzenie.
- Moltresie wydostań się ze światła medalionu. To Światło Godryka!
Nim to skończył wyciągnął swój miecz i bez ostrzeżenia natarł na mnie. W ostatniej chwili lewą ręką podniosłem miecz i cudem odparowałem cios.
- Nie dasz rady. Walki uczyłem się 20 lat. – powiedział Alan
Nie odpowiedziałem, ponieważ Irre próbował pchnąć mnie w lewy bok. Ból w prawej ręce, która w międzyczasie stała się sztywna i gorąca nie przestawał dawać mi spokoju. Zdecydowałem postawić wszystko na jedną kartę. Zebrałem siły, zacisnąłem zęby i znienacka grzmotnąłem przeciwnika w głowę złamaną ręką. Krzyknąłem z bólu. Alan otrzymawszy uderzenie zatoczył się, a ja wykorzystując jego nieuwagę, pchnąłem go prosto w serce. Usłyszałem krzyk Mirandy lecz Irre wciąż stał w miejscu. Na dodatek zaczął się śmiać:
- Ha ha ha! Nic mi nie zrobisz, ja…      
W tym samym czasie biały promień wystrzelił ze Światła Godryka i trafił czarnego moltresa prosto w pierś. Ptak znikł w oślepiającym blasku.
-„Dzięki”- usłyszałem w myślach głos pokemona
W tym samym czasie z zewnątrz dotarł ryk policyjnych syren. Nadciągała odsiecz. Nagle profesor Krähe sięgnęła po broń, ale Typhlosion energicznym skokiem powalił ją na podłogę.
- Zostań tam jeśli ci życie miłe! – krzyknąłem do niej
Podbiegłem do Lance’a.
- Lance! Żyjesz?
- Jeszcze tak. – odpowiedział słabym głosem.
- Wyjdziesz z tego. – zapewniłem go – Już tu jest policja, a z nią na pewno pogotowie…
- Oni mi nie pomogą. Kula była zatruta.
Słyszałem ciężki oddech trenera. Nad czymś myślał.
- Nim umrę przyrzeknij mi tylko jedno. – powiedział wreszcie
- Co? – zapytałem
- Zaopiekuj się moim Dragonitem, Alakazamem Blacka i pokemonami Daniela.
- Przyrzekam. – odpowiedziałem
Mistrz pokemon zaczął się krztusić. Ostatkiem sił wyszeptał.
- Medalion… na piersi… nas… weź… 54N 140W… tam jest…
Niestety nieubłagana śmierć nie pozwoliła mu dokończyć.
Oczy zaszły mi łzami. Uklęknąłem przed jego ciałem. Nie znałem go zbyt dobrze, ale zawsze mi imponował, był moim punktem odniesienia, a teraz leżał martwy. Rozpiąłem jego koszulę. Tak jak powiedział na piersi spoczywał stalowy medalion z odciśniętym smokiem. Odpiąłem go i schowałem do kieszeni. Wtedy zdałem sobie sprawę, co zrobiłem. Zabiłem człowieka, a trzech innych zginęło z mojej winy.
- „Stałem się tym czym Alan.”- pomyślałem – „Potworem”
Nie słyszałem jak weszli policjanci. Wiem, że udało im się skuć Mirandę, a ja trzymając zakrwawiony miecz wciąż rozmyślałem o mistrzu pokemon, jego słowach i przysiędze…

Uciekać przed fatum rzecz niepodobna
Los i tak cię dogna
Nadzieje znikną niczym woda.





==KONIEC==
©2007-2009 ~Blaze213
:iconblaze213:

Author's Comments

Część ostatnia.

Comments


love 0 0 joy 0 0 wow 0 0 mad 0 0 sad 0 0 fear 0 0 neutral 0 0
No comments have been added yet.

Details

June 12, 2007
33.4 KB

Statistics

0
0
80 (0 today)
0 (0 today)

Site Map