Rozdział 4: Czarne skrzydło
Światło to złudzenie
Deszcz zmywa trop
Morgana, przywidzenie
Czarny Moltres łypał na mnie swoim wściekle czerwonym okiem, ale nie atakował. Wiedział, że póki go czujnie obserwuje nie ma szans mnie złapać nie zabijając mnie, więc czekał na mój błąd. Z zachowania ptaka wywnioskowałem, iż Alan chce mnie żywego lecz nie wiedziałem do czego jestem mu potrzebny. Mimo moich niemiłosiernie piekących ran na twarzy, w które wbiły się drobiny szkła i spływającej krwi po moich policzkach, brodzie i wreszcie kapiącej na łóżko, nie ważyłem się jej wycierać, żeby nie sprowokować ataku. Nagle usłyszałem warczenie. To Salamence, jako pierwszy wyrwał się z osłupienia i postanowił stanąć w mojej obronie.
- Salamence nie! szepnąłem
Reakcja pokemona wystarczyła, żeby sprowokować Moltresa. Z ogromną prędkością rzucił się na moje łóżko, próbując chwycić mnie swoimi szponami. Po chwili szamotania złapał mnie za plecy i wyleciał przez okno. Kątem oka dostrzegłem, że Salamence i Daniel ruszyli w pościg. Moltres przyspieszał, ale mój smok go doganiał. Gdy tylko znalazł się w odległości 10 metrów usłyszałem rozkaz Daniela:
- Salamence atak ciałem!
Oba pokemony zderzyły się ze sobą, w wyniku czego ptak zwolnił uścisk, ale mnie nie puścił. Chwilę później Salamence ugryzł go w kark, a ten w odpowiedzi dziobnął smoka w brzuch. Oba stworki zaczęły zniżać lot, ponieważ żaden z nich nie chciał ustąpić. Nagle Moltres odepchnął smoka i zaczął gwałtownie przyspieszać.
Natychmiast poznałem, że użył techniki o nazwie ekstremalna prędkość, którą wielokrotnie widziałem podczas starć o ostatnią odznakę oraz w walkach w lidze. Zdziwiło mnie tylko to, że użył on jej do ucieczki, nie do ataku. Spojrzałem za siebie. Daniel i Salamence wciąż prowadzili pościg redukując odległość między nami. Zauważyłem, jak pokemon wznosi się ponad ptaka, a następnie opada z ogromną prędkością, taranując go. Moltres słabł, co oprócz mnie zauważyli również ścigający. Niestety mój pokemon również był u kresu sił, ale zmotywowany koniecznością ratowania mnie, wykrzesał resztki sił i popędził ku czarnemu ptakowi. Moltres spostrzegł to i postanowił pozbyć się balastu, uniemożliwiającego mu szybką ucieczkę. Szpony rozluźniły swój uścisk, a ja zacząłem spadać ku ziemi.
- Trzymaj się Alex! - usłyszałem krzyk Daniela
Popatrzyłem w górę. Odległość między mną a Salamencem zaczęła się drastycznie zmniejszać. Nagle silniejszy podmuch wiatry zepchnął smoka z kursu. Nerwowo spojrzałem w dół. Kształty stawały się coraz wyraźniejsze, z czego wywnioskowałem, że jestem na wysokości około 70 metrów.
- Jeszcze chwila i zostanie po mnie mokra plama.- pomyślałem
Zamknąłem oczy. Na ostatnie sekundy przed zderzeniem się z ziemią, chciałem przypomnieć sobie, co skłoniło mnie do zostania trenerem pokemon, gdy nagle usłyszałem świst, a potem ciepło ludzkiej dłoni, chwytającej moją. Zacisnąłem ją z całej siły i poniosłem powieki. Ujrzałem Daniela, wyciągającego drugą rękę, więc szybko podałem mu swoją.
- Dzięki. powiedziałem
- To jeszcze nie koniec. odrzekł Salamence wznieś się do góry! rozkazał
Poczułem, że wilgotnieją mi dłonie. Zacząłem się wyślizgiwać. Próbowałem się podciągnąć, ale zmęczone mięśnie odmówiły posłuszeństwa.
- Nie dam rady! krzyknąłem
- Dasz! odkrzyknął Daniel Przygotuj się. Na trzy cię wyciągnę.
- Jestem gotowy.
- Raz
Dwa
Trzy!
Niestety, mimo że Daniel wytężył wszystkie siły, nie mógł mnie wyciągnąć.
- Nie mogę cię wyciągnąć. Jesteś za ciężki. powiedział przerażony
- Możesz, inaczej zginę!
- Dobrze. Spróbujmy jeszcze raz. Raz
Dwa
Trzy!
Ostatkiem sił wciągnął mnie na grzbiet pokemona. Spojrzałem na Daniela, a następnie na Salamencea. Dyszeli z wysiłku. Obaj nie mieli już sił.
- Dzięki przyjaciele. powiedziałem
Przypomniałem sobie, że wciąż jestem w szpitalnej piżamie. Ogarnęło mnie ogromne uczucie zimna, które wcześniej było stłumione przez inne, ważniejsze sprawy.
- Ląlądujmy. Zzzimno mi. powiedziałem, szczekając zębami. Później zaczniemy pppościg.
***
Gdzieś indziej, w ciemnych zakamarkach lasu Alan Irre oczekiwał na czarnego Moltresa. Siedział obok płonącego słabym płomieniem ogniska, nad którym grzał ręce. Dwa metry dalej spoczywał gigantyczny głaz, prawdopodobnie przyniesiony dawno temu przez lodowiec. W pewnej chwili rozległ się cichy szmer, a następnie trzaskanie gałęzi. Po drugiej stronie ogniska pojawił się Moltres, zmieniając barwę płomyczków na czarną. Zapadła całkowita ciemność.
- To ty Moltresie. powiedział Zadanie wykonane?
- Nie mój panie. odrzekł ptak
- JAK TO!!?? oburzył się Alan
Zapadła cisza. Wyraźnie słychać było zapytanie człowieka, które rozbrzmiewało teraz po całym lesie.
- Ścigali mnie. Brakło mi sił
Puściłem chłopaka
Ciemności spowodowane obecnością ptaka zakryły wściekłość na twarzy jego pana.
-PUŚCIŁEŚ GO!!??
Kolejny raz zapadła cisza. W uszach Moltresa słychać było jedynie krzyk powtarzany przez echo:
- PUŚCIŁEŚ GO!!?? PUŚCIŁEŚ GO!!?? PUŚCIŁEŚ GO!!??
- BEZ NIEGO NIC NIE ZROBIĘ!! krzyknął ponownie
Irre chwycił za jakiś przedmiot, leżący przy ognisku, pokazał ptakowi, który przerażony cofnął się kilka kroków.
- Ukradłem to wczoraj, wiesz co to jest? zapytał człowiek
- Wiem panie, wiem, że zawiodłem, ale on jeszcze żyje. Widziałem jak go ratowali. tłumaczył się
- Oby to była prawda. Inaczej skończysz, jak moi wrogowie.
-Rozumiem panie.
-Musisz kolejny raz polecieć po tego chłopaka. Sprowadź go tu ŻYWEGO. Rozumiesz?
-Tak panie, ale
-Żadnych ale!
Ptak bezszelestnie wzniósł się w powietrze i skierował ku wschodowi. Ognisko znów zaczęło płonąć czerwonym płomieniem. Tymczasem Alan wyciągnął ze swojego płaszcza niewielką latarkę i oświetlił gigantyczny kamień, spoczywający nieopodal ogniska. Do głazu przy wiązany był człowiek, do którego rzekł:
-Moltres pracuje, jeżeli nie chcesz, żeby zrobił on to samo, co uczynił z moimi wrogami, powiedz mi o tym wszystko
Irre nie usłyszał odpowiedzi.
-Zaraz przemówisz
Straszliwy chichot przetoczył się przez okolicę płosząc wszystkie ptaki. Chwilę później rozległ się przeraźliwy okrzyk bólu.
Gdy nie ma nadziei
Czekają na kawalerię
Ludzie strwożeni
Rozdział 5: Dark wing
Widzisz ucieczkę? To ślepy zaułek.
Woda piasek
Dobra droga? To zły kierunek.
Salamence zmniejszył wysokość lotu. Kołował nad miejscem lądowania. Kręgi stawały się coraz mniejsze i mniejsze, aż wreszcie smok osiadł na ziemi. Znaleźliśmy się na rozleglej polanie. W samym sercu lasu. Zsiadłem z pokemona, a następnie pogłaskałem go po grzbiecie, chwaląc za wysiłek:
- Świetnie się spisałeś Salamence.
Podobnie uczynił Daniel. Byliśmy bardzo wyczerpani. Przez chwile staliśmy w bezruchu, próbując złapać jak najwięcej powietrza. Mimo zmęczenia, jedna myśl ciągle nie dawała mi spokoju: do czego potrzebuje mnie Alan i czemu nie przybył osobiście.
- Musimy schwytać tego szaleńca. powiedziałem
- Wykluczone Alex. Dopiero co ledwo uszedłeś z życiem, nie masz ubrania, prócz piżamy i nie jesteś jeszcze zdrowy. argumentował Daniel
Wiedziałem, że mój przyjaciel nie chce mi zaszkodzić, ale nie mogłem się zgodzić na bezczynność.
- Nie obchodzi mnie to. Muszę to skończyć. odpowiedziałem
- To przecież szaleniec! Zostawmy sprawę policji albo
- ALBO CO!!?? wybuchnąłem
-
albo cię zatrzymam. spokojnie dokończył
- Nie możesz.
- Właśnie że mogę.
Daniel sięgnął po pokeball. Wiedziałem, że jeżeli chcę kontynuować pościg, muszę go wznowić natychmiast, a walka mi to uniemożliwi, dlatego krzyknąłem:
- Salamence wytrąć mu z ręki pokeball!
Mimo zmęczenia smok posłuchał mojej komendy i z całej siły uderzył głową w kulę, która odleciała na jakieś 10 metrów.
- Alex nie. ostrzegł mnie Daniel Profesor Ronald mówił
-Profesor?- zdziwiłem się
Zobaczyłem jak przerażony Daniel pięścią zatyka sobie usta. Byłem pewien, że wygadał coś, czego nie powinienem się dowiedzieć.
- Co mówił profesor? zapytałem
- Nic więcej nie powiem!
- Jaka to była informacja? Ma ona jakiś związek z Alanem?
- Nic ci nie powiem! krzyknął Daniel
Postanowiłem zmusić go do powiedzenia chociaż części prawdy. Zdecydowałem się uderzyć w najczulsze miejsce:
- Chyba nie chcesz mieć na sumieniu mojej śmierci
Przerażony trener krzyknął, a następnie westchnął mówiąc:
- No dobrze, ale ja nie mogę ci powiedzieć. Profesor kazał mi przysiąc, że niczego się nie dowiesz
Otworzyłem usta, żeby zaprotestować, lecz Daniel powiedział głośniej:
- Nie przerywaj! Tylko profesor będzie mógł to powiedzieć. Pomogę ci go przekonać, ale nie gwarantuję sukcesu, ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Jeśli Ronald się nie zgodzi, nie będziesz szukał Alana, wrócisz do szpitala i zostawisz sprawę policji.
- Zgoda. Przystaję na twoje warunki.
Mimo że się zgodziłem postanowiłem w duchu, że nawet bez tej informacji będę kontynuował pościg. Pomimo tej obietnicy.
Nim wzbiliśmy się w powietrze, Daniel spojrzał na mnie i powiedział:
- W tej piżamie się przeziębisz. Potrzebne ci jakieś ubranie.
- Racja, ale skąd? zapytałem
W tym momencie trener położył plecak na ziemi i rzekł:
- Z chęcią pożyczę ci swoje, które mam w plecaku.
Następnie wyciągnął wszystko co było potrzebne. Łącznie z butami i skarpetkami.
Zacząłem się ubierać. W tym samym czasie Daniel poszedł po swój pokeball, który wcześniej wytrącił mu z ręki Salamence. Szybko wskoczyłem w ciuchy przyjaciela. Wydały mi się nieco za długie, ale po podwinięciu nogawek i rękawów były w sam raz. Na koniec zostały mi buty. Te o dziwo idealnie pasowały na moją nogę. Zapytałem się Daniela, który w międzyczasie wrócił z kulą:
- I jak wyglądam?
- Jakby nic innego nie mieli w sklepie.- zażartował
Istotnie rękawy zielonej bluzy wciąż opadały i przeszkadzały w poruszaniu się. Podobnie nogawki ciemnych dresowych spodni.
- Cóż to tylko prowizorka. stwierdziłem Myślę, że po drodze nie zgubię spodni.
- Skoro jesteś już gotowy, to lećmy do profesora.
Popatrzyłem na mojego pokemona, który pokręcił głową.
-Salamence nas nie poniesie. Sądzę, że powinien odpocząć. Tylko
-
skąd wezmę pokeball? zapytał Daniel
Śmiejąc się wyciągną kulę, Salamencea. Zrobiłem wielkie oczy.
- Szkoda, że nie widzisz własnej twarzy. rzekł parskając ze śmiechu. Zawsze pamiętaj nawet o takich drobiazgach. rzekł nadal śmiejąc się
- Dzięki. powiedziałem nadal bardzo zdziwiony
Spojrzałem na smoka. Teraz spostrzegłem, że nie wyglądał najlepiej. Ciemne siniaki pokrywały jego brzuch, a na pysku wciąż widać było resztki śliny wyplutej podczas męczącego lotu.
- Czas odpocząć Salamence. powiedziałem Wracaj!
- Potrzeba nam zmienników. rzekł trener Tropius i Dragonite wybieram was! Dragonite poleci ze mną, a Tropius z tobą Alex. wyjaśnił, a następnie zwrócił się do pokemona Jeśli zaatakuje was Moltres wykonaj każdy rozkaz Alexa. Jeśli każe się nam rozdzielić, zrób co rozkazał, wylądować, wyląduj. Rozumiesz?
Stworek obrócił głowę i popatrzył mi prosto w oczy. Chwile później spojrzał na Daniela i zgodził się na współpracę ze mną.
- To dobrze.- stwierdził trener Lećmy! Alex ty przodem, a ja ubezpieczam tyły.
- W porządku Daniel. odpowiedziałem
Pokemony wzniosły się w powietrze. Obaj rozkazaliśmy polecieć im do laboratorium profesora.
***
Słońce już zachodziło, kiedy dotarliśmy do celu. Zdziwiłem się, że lot, który wcześniej zajął nam trzydzieści minut, teraz trwał całe dwie godziny. Laboratorium po ostatniej wizycie Alana wciąż wyglądało jak po przejściu huraganu, tyle że Irrego zastąpili budowlańcy. Zajęli się remontem zniszczonej części budynku. Na całym podwórzu walały się rozmaite sprzęty służące do mieszania betonu, wożenia cegieł, kielnie, szpachle, deski, kołki i inne. Teraz jednak skończyli swoją pracę na dziś i wyjechali do domów, zostawiając cały bałagan na głowie profesora.
Tropuis zniżył lot i niczym helikopter gładko wylądował na podwórzu. Zaraz po nas na ziemi osiedli Daniel wraz z Dragoniteem. Zsiadłem z pokemona i pogłaskałem go po głowie, gratulując dobrej roboty. W tym czasie Daniel wrócił swojego smoka do pokeballa. Skończywszy głaskać Tropiusa pozwoliłem wrócić go do pokeballa.
- Chodźmy do profesora. rzekłem
Skierowaliśmy się do drzwi frontowych, których na szczęście Alan nie rozwalił wraz z korytarzem. Zadzwoniłem. Nikt nie odpowiedział. Spróbowałem jeszcze ran, ale i tym razem nikt nie otworzył. Daniel nacisnął klamkę. Ku naszemu zdziwieniu drzwi otwarły się! Weszliśmy do środka. Wewnątrz budynku było cicho, jakby nikogo nie było. Zawołałem:
- Jest tu kto!?
Nikt nie odpowiedział. Szukając któregokolwiek z uczonych weszliśmy do pomieszczenia po lewej stronie korytarza. Okazało się, że trafiliśmy do magazynu. Wnętrze wyglądało, jak po bitwie. Wszędzie leżały porozrzucane pokeballe i kawałki półek. Zaczęliśmy je przeszukiwać.
Pod resztkami jednej z szafek znalazłem dziwny przedmiot. Swoim kształtem przypominał płomyk, z tym, że był czarny. Zapytałem Daniela:
-Co to jest?
-Nie mam pojęcia, ale lepiej tego nie dotykaj.
Zignorowałem jego ostrzeżenie i nim zdążył zareagować, wziąłem tę rzecz do ręki. Dotknięciu towarzyszyło przenikliwe uczucie zimna, jakbym przez dłuższy czas trzymał śnieżną pigułę. Zaintrygowany przyjrzałem się temu przedmiotowi uważniej. Zdziwiony doszedłem do wniosków, że jest to pióro! Na 100% wiedziałem, kto je zgubił.
- To pióro czarnego Moltresa. rzekłem
- Co!? - zdziwił się Daniel
- To pióro czarnego Moltresa. powtórzyłem
- To znaczy
-
że Alan i jego Moltres tu byli. dokończyłem
Daniel zaklął niczym marynarz. Na pewno wiedział, że mnie teraz nie powstrzyma i mimo obietnicy będę ścigał Alana.
- I co teraz? zapytał
- Musisz mi powiedzieć wszystko co wie profesor Ronald. odpowiedziałem
- A ty znowu zaczynasz to samo. odrzekł opryskliwie
Nagle się o coś potknąłem i o mały włos nie upadłem. Początkowo myślałem, że pod moje nogi wpadł jakiś kawałek drewna, ale gdy spojrzałem pod stopy, zobaczyłem książkę! Był to brulion z poszarpaną, czerwoną okładką, na której niestarannym pismem napisane było: Dziennik Badań.
- Co to jest? zapytał Daniel
- To dziennik badań profesora. Oby dotyczył jego ostatnich prac.
Otworzyłem zeszyt. Na kartkach w kratkę opisane były najróżniejsze eksperymenty. Akurat trafiłem na stronę zatytułowaną: Badanie wytrzymałości walczących pokemonów. W prawym górnym rogu widniała data zapisania tego na kartach dziennika.
- To z przed miesiąca! krzyknął Daniel To oznacza
-
że możemy zobaczyć nad czym ostatnio pracował profesor Ronald i dlaczego go tu nie ma. Dowiedzieć się jakim motywem kierował się Alan Irre.
Nowy trop,
Więc goń!
Czasu nie trwoń.














Comments